Uwolnić bym się chciała z tych więzów ciała, uciec jak najdalej od tego obrazu w lustrze, który widzę co dzień – zmyć ślady samej siebie, odciąć się od swoich myśli, które bardziej mnie przerażają, straszą niż uspokajają. Nie potrafię, próbowałam, ale nie potrafię, nie umiem, nie chcę zaakceptować siebie – po prostu – bycie sobą, nijaką, totalnie inną niż wszyscy widzą boli.
Wypalają mnie myśli, słowa, które kołyszą się we mnie – próbowałam siebie zrozumieć – nie umiem, próbowałam siebie polubić – nie da się.
Chciałabym uciec od tego zgiełku miasta, przepędzić fałsz, zbudzić się w trawie, pod Jabłonią, lekko skrytą w cieniu, z uśmiechem słońca się przekomarzać, szamotać się w jeziorze – sama, na chwilę, dłuższą, krótszą – totalnie bez techniki, cywilizacji – zachłysnąć się wiatrem, wolnością samą w sobie – bez zastanowienia w jaki uśmiech dziś się ubiorę, jakie dodatki w postaci gestów, słów dobiorę.
Stop. Chcę oddychać, spokojnie, łapczywie, chcę zrozumieć siebie.
Niech wiatr przepędzi szare miraże złudzeń, rtęć zakrzepłej krwi – słowa bolą, szkoda, że wypalają wnętrze.
“A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź…”
Sama szukam takiego azylu. Ruszymy razem…?